Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom życzę Wesołych Świąt.
Życzę Wam, abyście spędzili ten czas z takimi ludźmi i w taki sposób w jaki naprawdę pragniecie.
Alex
Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom życzę Wesołych Świąt.
Życzę Wam, abyście spędzili ten czas z takimi ludźmi i w taki sposób w jaki naprawdę pragniecie.
Alex
Bellois wyraził w jednym z komentarzy powątpiewanie, czy Zasada Pareto rzeczywiście może być moim głównym systemem służącym do zarządzania czasem. Zgodnie z obietnicą opowiem jak ja to mniej więcej robię, może będzie to dla Was impulsem do przemyśleń. Oczywiście najpierw polecam uważną lekturę postu, w którym ta Zasada Pareto jest wspomniana, bo nie chcemy przecież się tutaj powtarzać.
Tak więc drogi Bellois, z pewnością nie uprawiam tego, co powszechnie nazywane jest Time Management, a w rzeczywistości jest próbą upchnięcia jak największej liczby zajęć w ograniczoną z natury ilość czasu. Naturalnie, że można w ten sposób zrobić więcej rzeczy, pytanie tylko, czy jest to najlepsza metoda do osiągnięcia sukcesu i zadowolenia w życiu. Osobiste doświadczenie życiowe pokazuje mi, że jest inna, dla mnie znacznie lepsza droga.
Droga ta polega na w miarę konsekwentnej eliminacji tego co nie przyczynia się do osiągania przez mnie moich celów (bądź też pożądanych stanów wewnętrznych :-)) Piszę „w miarę”, bo nie musi to być dokonywane z chirurgiczną dokładnością, wystarczy jeśli tego pozostawionego „tłuszczu” elementów zbędnych nie jest za dużo. Tutaj bardzo przydaje się właśnie stosowana podwójnie (4-64) Zasada Pareto.
Przy tej eliminacji w wypadku spraw osobistych na początku staram się:
W wypadku kontaktu z klientami robię podobnie, z tym że muszę się o te rzeczy dopytać, tutaj przydaje się podejście opisane w poście „Wiedza idomysły”
Już ten opisany powyżej prościutki proces pozwala, poprzez redukcję koniecznych aktywności i zaangażowanych zasobów na tak dużą oszczędność czasu, że używanie czegokolwiek innego niż kalendarz w Outlooku, czy nawet kawałek kartki :-) staje się zbędne, ale to jeszcze nie koniec.
Następnym decydującym krokiem jest wykonanie tego, co postanowiłeś. Tutaj cały trick polega na determinacji i całkowitej koncentracji na odpowiednim działaniu. Jestem dość leniwym człowiekiem, ale jeśli już coś poważniejszego robię, to angażuję w to całą moją energię i uwagę, bez żadnego przysłowiowego „ale”. Tutaj też mam wrażenie, że wielu ludzi robi to inaczej, czasem może dlatego, że są zbyt wyczerpani robieniem rzeczy, które tak naprawdę mogliby sobie darować.
Metaforycznie, można by to przedstawić w ten sposób: typowy Time Management to okładanie się po całych dniach szablami na polu bitwy w nadziei na doprowadzenie do rozstrzygnięcia, (trochę jak w czasach Pana Wołodyjowskiego). Moje podejście bardziej jest zbliżone do metod ninja: to bardzo staranne przygotowanie (zarówno jeśli chodzi o dobór celów, jak i rozwijanie własnych umiejętności „technik walki”), potem przyjęcie dobrej pozycji i końcu błyskawiczne działanie z pełnym zaangażowaniem siły używając bardzo skutecznych „narzędzi”. Rezultaty są tak przekonywujące, że nie trzeba walczyć codziennie :-)
Powyższe brzmi bardzo idealistycznie, niemniej jest do zrealizowania w rzeczywistości, czego dowodzi choćby moja praktyka zawodowa. Klienci mają swoje rezultaty szybciej i pewniej, a ja mam więcej czasu na, rozumiane w szerokim tego słowa znaczeniu, „doskonalenie rzemiosła” którym np. zajmuję się teraz na wyspach.
Tam gdzie jest słońce, tam jest i cień, więc dla pełnego obrazu spójrzmy na ograniczenia opisanego powyżej sposobu:
Tyle, w dużym uproszczeniu, na temat poruszony w tytule. Jak zwykle przypominam, że powyższe jest odbiciem moich subiektywnych doświadczeń i niekoniecznie pretenduje do miana „prawdy absolutnej”. Z drugiej strony, muszę przyznać, że zarówno mnie, jak i paru „podopiecznym” bardzo podobają się osiągane w ten sposób rezultaty.
Więc „Use your judgement!!”
Zapraszam do dyskusji w komentarzach
Dziś zajmiemy się rozważeniem jednego z pytań, które postawił w komentarzu do poprzedniej części Kuba, a mianowicie „Jak ktoś (ja), kto ma za sobą kilka lat korporacyjnej indoktrynacji, może sam siebie przekonać, ze da jednak rade zmienić sie ze sprawnego “trybika” w “artystę” (który z głodu nie umrze…:)? „
Przede wszystkim, rozumiem, że chodzi nam o dobre prosperowanie, a nie ograniczanie się do „nieumarcia z głodu” :-). W tym drugim wypadku nawet nie warto byłoby zaczynać.
Jeśli chodzi o mnie, to rzeczywiście tak się złożyło, że nigdy nie pracowałem jako „trybik”, zawsze na własny rachunek, nawet jak robiłem takie różne prace jak mycie okien czy sprzedawanie gazet na ulicy. Stąd moja opinia będzie w pewnych aspektach opierać się na obserwacjach i tylko w części na osobistych doświadczeniach, myślę, że mimo tego będzie użyteczna. Tyle typowy dla mnie disclaimer :-)
Omówmy najpierw co daje praca (z „indoktrynacją”, czy bez) w takiej firmie:
Osobiście uważam, że parę lat działania w jakiejś organizacji (najlepiej w jak najlepszej) jest raczej atutem, niż przeszkodą do późniejszego startu w samodzielność. W dobrej firmie zawsze znajdziesz lepszych od siebie ludzi, od których możesz się w najprzeróżniejszy sposób uczyć, a ewentualne koszty Twoich błędów pokrywa pracodawca. Jako ten, który takowe koszty płacił z własnej kieszeni zapewniam Cię, że jest to duża różnica :-)
Masz też możliwość zaistnienia w Twojej branży, nawiązania wartościowych kontaktów, o ewentualnych szkoleniach na na najwyższym poziomie skromnie nie wspominając :-)
Problem może pojawić się w wypadku, jeśli prostytuujesz się dla pieniędzy w kiepskiej firmie, gdzie łamie się Twoje poczucie własnej wartości i zabija zdolność kreatywnego myślenia. Nie mówiąc już o firmach, gdzie robi się z Ciebie zombie. No ale w tych nieszczęśliwych przypadkach ludzie są na ogół sami sobie winni, bo zazwyczaj są to konsekwencje ich wcześniejszych decyzji lub zaniechań.. Tę odpowiedzialność trzeba zaakceptować, jeśli w ogóle chcemy w życiu robić coś na własną rękę, ale jak się jest tego świadomym, to nie powinien to stanowić większego problemu.Jak widzimy, teoretycznie korporacje powinny być doskonałą wylęgarnią przyszłych freelancerów, a mimo tego stosunkowo mało ludzi decyduje się na taki krok. Jakie są tego przyczyny?
Tak na szybko, to widzę trzy, które niekoniecznie muszą się wzajemnie wyłączać:
Teraz wracając do postawionego na samym początku pytania, ja zastanowiłbym się, czy któryś z opisanych powyżej punktów odpowiada mojej sytuacji. Jeśli tak, to pomijając oczywiście pierwszy przypadek, należałoby najpierw zająć się znalezieniem jakiegoś środka zaradczego. Jeśli nie, to tak jak mówi slogan Nike „Just do it!”
Dzisiaj, kontynuując nasz poprzedni post zastanówmy się nad kwestią doświadczenia zawodowego.
Ten problem może okazać znacznie trudniejszy do przeskoczenia, chyba że ktoś chce się ograniczyć do przynależności do tej pierwszej grupy wspomnianej w moim poście „Jak można zostać trenerem” :-)
Bez jakiejkolwiek praktyki zawodowej stoimy przed następującymi wyzwaniami:
Tak więc jako młoda osoba po studiach masz poważny dylemat co zrobić, przynajmniej jeśli chciałbyś w dalszej perspektywie wejść do grupy „top-gun” a nie wylądować na trwale wśród tych kiepsko opłacanych wyrobników tłukących przysłowiową sieczkę i psujących opinię całej branży
Co w takiej sytuacji można zrobić?
Tak na szybko to widzę następujące dobre opcje:
Są oczywiście jeszcze inne, moim zdaniem znacznie słabsze, takie jak:
Na zakończenie tego postu jeszcze kilka ważnych uwag. Potraktujcie to wszystko co napisałem wyłącznie jako materiał do własnych przemyśleń i wniosków. Jak już wspomniałem wcześniej, moja droga do zawodu była całkiem inna, najpierw byłem freelancerem, potem przedsiębiorcą a dopiero na koniec trenerem. Jest całkiem możliwe, że są inne sposoby rozwiązania (bądź obejścia) problemu praktyki biznesowej, które nie przyszły mi teraz do głowy. Życie jest przecież pełne różnorakich możliwości!!
Jeśli macie własne przemyślenia, bądź pytania, to zapraszam do Komentarzy.
PS: W międzyczasie zrobił się tutaj piękny wieczór, który silnie konkuruje z potrzebą uważnej redakcji tego tekstu. Z drugiej strony obiecałem wczoraj, że ta kontynuacja ukaże się dziś. Zgodzimy się więc na wersję beta? :-)
PPS: Kontynuacja znajduje się tutaj
Ten post jest kontynuacją tematu zapoczątkowanego 10.12
Zajmiemy się w nim bardzo ważną kwestią, a mianowicie koniecznym doświadczeniem.
Z mojego punktu widzenia możemy tutaj wyodrębnić jego trzy rodzaje , które będą nam potrzebne, jeśli chcemy zostać bardzo dobrym trenerem:
Jest rzeczą oczywistą, że dla człowieka w młodym wieku każdy z tych powyższych punktów będzie stanowił spore wyzwanie, zastanówmy się więc co z tym możemy zrobić.
Najprościej jest zdobyć to pierwsze doświadczenie w komunikowaniu i uczeniu innych ludzi, zwłaszcza jeśli jesteście na studiach (dowolnych). W najlepszym przypadku istnieje na Waszej uczelni jakieś stowarzyszenie, które daje członkom możliwość zdobycia tego rodzaju doówiadczeń. O tym, że i w Polsce takie organizacje istnieją w chwili obecnej dowiedziałem się z komentarza Jarka. Poszukajcie czegoś takiego w Waszym mieście, ten wysiłek może się opłacić. Przy wyborze takiej organizacji ważne jest, aby prowadzący ją ludzie w miarę możliwości naprawdę coś umieli. Istotne jest też, abyście nie byli poddawani przy tym żadnej nachalnej indoktrynacji, albo żeby z metod, które ktoś Was uczy nie robiono uniwersalnego panaceum na wszystko, badź wręcz religii (częsty grzech np.NLP-owców, ale nie tylko). Jest OK, jeśli ktoś ma wyraziste poglądy na wiele spraw, powinien jednak akceptować fakt, że mogą być inne drogi. To trochę tak, jak na tym blogu :-)
Piszę o tym, bo zdarzało mi się dawniej miewać na szkoleniach ludzi tak zawężonych w sposobie myślenia, że trudno było z nich coś zrobić.
Jeśli na uczelni nie ma takiej organizacji to co stoi na przeszkodzie, aby takową stworzyć? Nie musi to być nic dużego i skomplikowanego, wystarczy kilka osób, które umówią się, że będą się spotykać i nad takimi umiejętnościami pracować. Do tego najlepiej zapraszać od czasu do czasu kogoś z większym doświadczeniem, co nie powinno być większym problemem. Na przykład ludzie mojego pokroju chętnie wspierają takie oddolne inicjatywy (oczywiście za darmo), musi to tylko być coś, gdzie uczestnicy na serio chcą coś ze sobą zrobić.
Działanie we wszelkiego rodzaju innych organizacjach studenckich może być też doskonałą szkołą. W ramach pewnego dużego projektu szkolenia managementu miałem niedawno na treningu młodego człowieka, który, mimo że cała grupa była naprawdę dobra, wyróżniał się łatwością, z jaką radził sobie z różnymi trudnymi sytuacjami. Zapytany o to, gdzie się tego nauczył odpowiedział: ” Wiesz, prowadziłem na studiach pewną organizację studencką. Tam nie miałem w ręku żadnych metod nacisku i aby zmobilizować innych musiałem po prostu ich przekonać”. Muszę przyznać, że rezultaty tego były imponujące!!
Podobne doświadczenia możecie też zbierać uczestnicząc w dowolnym sensownym przedsięwzięciu grupy ludzi, niekoniecznie studentów.
Jak widać z powyższego, zdobycie podstaw praktycznego doświadczenia w komunikacji nie jest rzeczą aż tak trudną, o ile ktoś tego rzeczywiście chce i nie mieszka na jakimś totalnym pustkowiu.
Na zakończenie tego odcinka jeszcze pamiętajcie, aby niezależnie od tego, jak to robicie, ćwiczyć kontakty z różnymi ludzmi dbając o odpowiednią ich dywersyfikację.
O zdobywaniu doświadczenia biznesowego powiemy sobie jutro….
PS: Kontynuacja tematu jest tutaj
Dziś opowiem Wam krótko o innym zastosowaniu zasady Pareto (20->80 a właściwie 10->50)
W ostatnich kilku dniach miałem „kreatywną blokadę” więc postanowiłem wykorzystać ten czas na coś mniej twórczego, niemniej przydatnego dla mojego rozwoju. Padło na mój „hiszpański”.Piszę w cudzysłowie, bo mimo, że staram się tutaj wyłącznie go używać, to jego znajomość jest u mnie tak naprawdę katastrofalna, przynajmniej jak na potrzeby człowieka, który lubi komunikować się w lokalnym języku. Postanowiłem więc coś z tym zrobić i zabrałem się do pracy w typowy dla mnie leniwy sposób. Po prostu wziąłem do ręki książkę (hiszpańskie tłumaczenie „The Partner” Grishama ) i zacząłem ją czytać (nie znając oryginału) i to w miarę możliwości bez sięgania po słownik. Tak naprawdę wystarczy, przynajmniej znając angielski, przełączyć umysł w tryb fuzzy logic i nie przejmując się, że rozumiemy na początku maksymalnie 10% słów po prostu czytać :-) Niezwykle interesująca gimnastyka dla szarych komórek!!
Tak czy inaczej, przeczytanie 478 stron zajęło mi trochę ponad dwa dni. Na początku bardzo „mniej czy więcej” (raczej mniej:-)) rozumiałem o co w ogóle chodzi, ale z biegiem czasu zarówno akcja, jak i znaczenie tego co czytałem stawały się coraz bardziej jasne. Zapewne nie „załapałem” sporej ilości różnych niuansów, niemniej starczyło na to, aby sprawiało mi to przyjemność. Jak będę miał znowu jakąś blokadę, to wezmę następny kryminał i z pewnością pójdzie mi już lepiej :-)
Polecam każdemu taką zabawę z językiem, którego dobrze nie znacie i to z kilku powodów:
Jeśli ktoś chciałby stosować to do nauki języka to mam jeszcze kilka zaleceń:
Przy doborze książek do takiej zabawy warto kierować się następującymi wskazówkami
Miał to być post o zastosowaniu zasady Pareto, a zrobił się o nauce języków. To chyba słońce i bezchmurne niebo nad głową przyczyniają sie do takiego dryfowania :-)
Abstrahując od wpływów atmosferycznych na moją osobę, to zachęcam Was do takiej zabawy. W dzisiejszych czasach elastyczny umysł, który potrafi zrobić coś z (prawie) niczego, umie znaleźć ogólny sens przy ogromnym niedoborze informacji to bezcenny atut, a to, co opisałem powyżej jest jednym z lepszych ćwiczeń, które znam.
W komentarzu do jednego z wcześniejszych postów Ania zapytała o coś, o co czasem jestem też pytany w prywatnej poczcie, a mianowicie jak zostać trenerem. Ze względu na to, że ten temat najwyraźniej interesuje szersze grono Czytelników pozwolę sobie odpowiedzieć na blogu. Obawiam się, że będzie z tego parę odcinków, postaram się pisać tak, aby było też przydatne dla Czytelników zainteresowanych innymi karierami. Mam też nadzieję, że wywiąże się dyskusja, która wykaże główne punkty Waszych zainteresowań, którymi potem się możemy zająć. Zapraszam do niej wszystkich zainteresowanych.
Aniu
Dokładna odpowiedź na Twoje zapytanie jest dla mnie nieco utrudniona i to z conajmniej 2 względów:
Stąd też jesteśmy zmuszeni zrobić parę założeń i zacząć od sporej ilości pytań, na które powinnaś przynajmniej sobie samej odpowiedzieć.
Zacznijmy od najbardziej zasadniczego:
Czy na pewno chcesz zostać trenerem? jeśli tak, to tak naprawdę dlaczego?
Bycie trenerem najwyższej klasy ma duże zalety takie jak np.
Za to jest oczywiście cena do zapłacenia w postaci np.tego że:
No jak, ciągle jeszcze chcesz być trenerem? :-)
Od odpowiedzi na to pytanie będzie zależał ciąg dalszy. W nim ewentualnie zajmiemy się poważnym wyzwaniem polegającym na braku doświadczenia i co z tym można zrobić.
Na razie czekam na wypowiedzi….
PS: W międzyczasie ciąg dalszy jest tutaj . Zapraszam!!
Powyższe pytanie zadaję czasem szkoleniach, które prowadzę.
Całe nasze „szkolne” życie uczono nas, że im bardziej „wyrafinowanie” (czytaj skomplikowanie, z użyciem wielu „uczonych” słów) będziemy się wyrażać, tym lepiej. Jeśli w wypracowaniu używaliśmy wielu dlugich, rozczłonkowanych zdań, to zazwyczaj dostawaliśmy wyższą ocenę. W życiu też się często zdarza, że ktoś kryje swoją niewiedzę, bądź niepewność za niezrozumiałym „naukowym” językiem, a gawiedź otwiera szeroko usta i kiwa głowami z podziwu (ale bez zrozumienia) :-)
Dodajmy do tego właściwą dla polskiej mentalności obawę przed mówieniem drugiemu człowiekowi wprost o co nam chodzi, a będziemy mieli powód, dla którego wielu z nas ma dość poważne kłopoty z przekonaniem innych, a większość prezentacji i wykładów mogło by być z powodzeniem sprzedawanym w aptekach, jako skuteczny środek na bezsenność :-)
Gorąco zalecam Wam przemyślenie tej sprawy i uważną obserwację jak robią to różni ludzie dookoła. To wszystko po to, aby wyostrzyć Wasze postrzeganie, które będzie Wam potrzebne, aby popracować nad swoją własną komunikacją.
Następnym etapem będzie staranie, aby w codziennej praktyce używać jak najprostszego i klarownego języka.
Zapamiętajcie akronim KISS czyli:
Keep
It
Short &
Simple
Jeśli będziemy dbali o to, aby nasze wypowiedzi były w miarę zwięzłe i skonstruowane prostym językiem, to na ogół ich siła przekonywania będzie większa (sprawdzone!!)
Oczywiście, tak jak powiedział Einstein „wszystko należy uprościć tak, jak to jest możliwe….. ale nie bardziej” musimy uważać, aby nie przesadzić :-)
Zdarzyło mi się kiedyś słyszeć absolwenta wyższej uczelni mówiącego „Heee???” (co miało oznaczać: „co chcesz przez to powiedzieć”). Ten osobnik posunął się trochę za daleko :-)
PS: Powyższe dotyczy specjalnie naszych wypowiedzi mówionych. Jeśli chodzi o wyrażanie się na piśmie, to sam dopiero nad sobą pracuję :-)
Drodzy Czytelnicy
Od wczoraj ten blog stał się celem botów spamowych (kilkaset komentarzy). Nie bardzo chcę tracić czas na wyszukiwanie ewentualnych Waszych komentarzy zanim skasuję całą resztę, więc pozwoliłem sobie wstawić małą funkcję antyspamową. W formularzu komentarza należy wykonać małe (bardzo proste) zadanie arytmetyczne i wynik wpisać do odpowiedniego pola. Tego boty na razie nie potrafią :-)
Wadą tej funkcji jest stosunkowo krótki time out, to znaczy, że jeśli wywołacie formularz komentarza i piszecie go zbyt długo, to ewentualnie nie będzie on zapisany. Nie znam sposobu, jak na to wpłynąć, dlatego proszę, jeśli piszecie obszerniejszy komentarz, to najlepiej zróbcie to najpierw w Edytorze z Windows i gotowy wklejcie do formularza, albo pisząc w formularzu najpierw zaznaczcie cały tekst i skopiujcie na wszelki wypadek do Schowka.
Przepraszam za tę niedogodność, postaram się w przyszłości znaleźć lepsze rozwiązanie, na szybko mogę zastosować tylko to.
Pozdrawiam
Alex
Dziś porozmawiajmy o jeszcze jednym aspekcie zagadnienia „wiem, czy się domyślam?” a mianowicie o naszym wizerunku w oczach innych ludzi. W wielu przypadkach zarówno biznesowych, jak i prywatnych to zaufanie to nie tylko przekonanie, że jesteśmy przyzwoitymi ludzmi, ale też że „wiemy co mówimy”, czyli zaufanie do naszej wiedzy. Na takie zaufanie ludzi musimy sobie zapracować i robimy to mniej czy bardziej świadomie od początku danej znajomości.
Co się teraz dzieje, jeśli różnym ludziom mówimy z przekonaniem rzeczy (nawet drobne), które później okazują się niezgodne ze stanem faktycznym? W bardzo skuteczny sposób podkopujemy nasz autorytet!! Wiele osób doskonale zdaje sobie sprawę z ważności dalekowschodniego powiedzenia „jak na górze, tak na dole” i po kilku drobnych „wpadkach” wie, że tak samo nie może na naszym zdaniu polegać w sprawach poważniejszych. Taka utrata zaufania jest może mniej istotna, jeśli ktoś chce przewegetować życie robiąc bardzo proste prace i żyć w pojedynkę, we wszystkich innych przypadkach niestety jest inaczej. Dla mnie na przykład jest sprawą absolutnie kluczową, czy moi klienci, względnie partnerzy biznesowi mogą polegać na słuszności tego co mówię.
Jakie z tego wnioski? Mogę Wam napisać ja to robię:
Ciekawe, że to podejście nie spowodowało w żadnym zauważalnym stopniu zmiejszenia zaufania do moich kompetencji w ogóle, zaowocowało za to ogromnym wzrostem zaufania do tego, co mówię. To bardzo ułatwia mi wiele spraw zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym, a niektóre wrącz umożliwia.
Przydatnym jest też, przyjrzenie się pod tym kątem innym ludzim, z którymi mamy do czynnienia. Jeśli szastają oni słowem „wiem” w dowolnej dziedzinie i kalibrze spraw, to powinniśmy niestety uważać, zanim będziemy polegać na nich w sprawach ważnych, nawet jeśli są one dość proste do przeprowadzenia. To brzmi dość surowo, niemniej zalecam Wam posłuchanie tej rady :-)

Najnowsze komentarze