Wszystkim Czytelnikom tego blogu życzę udanych Świąt i spędzenia ich w taki sposób, jaki każdemu z Was najbardziej odpowiada.
Pozdrawiam serdecznie z Berlina
Alex
Wszystkim Czytelnikom tego blogu życzę udanych Świąt i spędzenia ich w taki sposób, jaki każdemu z Was najbardziej odpowiada.
Pozdrawiam serdecznie z Berlina
Alex
Nawiązując do poprzedniej dyskusji chcę zwrócić Wam uwagę na dwa bardzo ciekawe artykuły. Obydwa stanowią interesujące uzupełnienie naszej rozmowy. Jeśli chcecie o nich podyskutować, to proszę o przeczytanie ich w całości i ze zrozumieniem, naprawdę warto.
Pierwszy z nich to interesujący tekst w BusinessWeek. Jest dość krótki i polecam przeczytanie go.
Dla niecierpliwych parę tez i informacji z niego wyjętych:
Według ostatnich badań ok 35% przedsiębiorców w USA i ok 20% w Wielkiej Brytanii cierpi na….. dysleksję.
Wśród dyslektyków są szefowie firm jak Cisco, Schwab czy Kinko’s.
Co powoduje, że dysleksja może być czynnikiem sprzyjającym sukcesowi jako przedsiębiorca?
Dziecko z dysleksją uczy się następujących rzeczy:
To są istotne cechy, jeśli chcesz prowadzić własny biznes :-)
One oczywiście nie pomogą, jeśli ktoś dysleksję wykorzystuje tylko jako usprawiedliwienie, aby nic nie robić w życiu.
Cały artykuł wart jest przeczytania i zachęcam Was do zapoznania się z nim. To jeszcze jeden przyczynek do ogólnego stwierdzenia:
Przestań sam się usprawiedliwiać i weź się za kształtowanie Twojego życia według Twoich marzeń!!
Drugi artykuł pochodzi z szacownego Scientific American, też gorąco polecam przeanalizowanie go i wyciągnięcie własnych wniosków. Kwestia bycia ekspertem w jakiejś dziedzinie jest bardzo ważna, jeśli długofalowo chcemy odbić się od szerokiej rzeszy innych ludzi.
Ten tekst jest niestety dość długi, więc też pozwolę sobie na wyciągnięcie z niego paru cytatów:
Najpierw o ekspertach jako takich (wytłuszczenia we wszystkich cytatach pochodzą ode mnie):
Without a demonstrably immense superiority in skill over the novice, there can be no true experts, only laypeople with imposing credentials. Such, alas, are all too common.”
Niestety, u nas jest to też dość rozpowszechnione zjawisko.
To jest interesujące spostrzeżenie:
„the expert relies not so much on an intrinsically stronger power of analysis as on a store of structured knowledge.”
Ten cytat o ważności odpowiedniej metody zdobywania umiejętności:
„Ericsson argues that what matters is not experience per se but „effortful study,” which entails continually tackling challenges that lie just beyond one’s competence. That is why it is possible for enthusiasts to spend tens of thousands of hours playing chess or golf or a musical instrument without ever advancing beyond the amateur level and why a properly trained student can overtake them in a relatively short time.„
Potem ludzie mówią, że ten student był wyjątkowo uzdolniony, a ci amatorzy nie :-)
Trochę o zjawisku, że nowicjusze często na początku robią szybkie postępy a potem stagnują (co często jest interpretowane brakiem talentu)
„Even the novice engages in effortful study at first, which is why beginners so often improve rapidly in playing golf, say, or in driving a car. But having reached an acceptable performance–for instance, keeping up with one’s golf buddies or passing a driver’s exam–most people relax. Their performance then becomes automatic and therefore impervious to further improvement.”
Teraz o konieczności posiadania talentu:
„Yet this belief in the importance of innate talent, strongest perhaps among the experts themselves and their trainers, is strangely lacking in hard evidence to substantiate it. In 2002 Gobet conducted a study of British chess players ranging from amateurs to grandmasters and found no connection at all between their playing strengths and their visual-spatial abilities, as measured by shape-memory tests. Other researchers have found that the abilities of professional handicappers to predict the results of horse races did not correlate at all with their mathematical abilities.„
Trochę o krytycznym czynniku przy stawaniu się ekspertem:
„Thus, motivation appears to be a more important factor than innate ability in the development of expertise. It is no accident that in music, chess and sports–all domains in which expertise is defined by competitive performance rather than academic credentialing–professionalism has been emerging at ever younger ages, under the ministrations of increasingly dedicated parents and even extended families.”
Czy z młodymi zdolnymi programistami nie jest podobnie?
I interesujaąca konkluzja na zakończenie:
„The preponderance of psychological evidence indicates that experts are made, not born. What is more, the demonstrated ability to turn a child quickly into an expert–in chess, music and a host of other subjects–sets a clear challenge before the schools.”
Cierpliwym Czytelnikom polecam uważne przeczytanie oryghinalnego artykułu i życze interesujących przemyśleń.
W następnym poście wracam do własnych tekstów i oczywiście języka polskiego :-)
Często słyszę od innych ludzi wypowiedzi typu : „nie mogę nawet marzyć o osiągnięciu tego, bo brak mi odpowiedniego talentu”, albo „takie coś mogą zrobić tylko ludzie odpowiednio utalentowani, a nie zwykli śmiertelnicy tacy jak ja”
Ostatnio na ten temat wypowiadał się też w komentarzu do innego postu Krzysztof
To zainspirowało mnie (dziękuję Krzysztof) do napisania poniższych przemyśleń, bo mam wrażenie, że całe mnóstwo ludzi niepotrzebnie kastruje swoje marzenia domniemanym brakiem talentu.
Na początek kilka ważnych założeń wstępnych:
Przy tych powyższych założeniach pozwolę sobie na stwierdzenie, że analiza czy mamy do czegoś talent, czy też nie jest dla nas bezwartościowa.
Najlepiej uzasadnię to na doskonale znanym mi przykładzie.
Moja obecna praca wymaga między innymi bardzo dobrej umiejętności nawiązywania kontaktu z osobami, z którymi pracuję. Wielu uczestników moich szkoleń mówi mi „Alex, ty masz do tego wyjątkowy talent”.
Czyli według dzisiejszej oceny sytuacji i wspomnianej na początku definicji Alex B. przyszedł na świat z wyjątkowymi uzdolnieniami jeśli chodzi o komunikowanie z innymi ludźmi :-)
Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że moja obecna „osoba” jest rezultatem działań, które dość nieśmiało rozpocząłem jak miałem 25 lat a naprawdę intensywnie podjąłem około 28 roku życia.
Wcześniej byłem w zakresie komunikacji międzyludzkiej raczej upośledzonym (nieśmiały i zakompleksiały introwertyk) człowiekiem. Wszelkie ówczesne analizy moich talentów wykazałyby „brak zdolności komunikacyjnych, powinien wybrać jakiś zawód techniczny wykonywany z dala od ludzi”
No to jak to jest z tym moim talentem????
Możliwe są dwa wytłumaczenia, oba podważające sens zastanawiania się nad tym, czy mamy jakieś konkretne uzdolnienie:
Z tego wynikają co najmniej dwa pożyteczne wnioski:
Na zakończenie nawiążmy do wypowiedzi, która spowodowała, że napisałem ten post.
Krzysztof, który jest też trenerem napisał między innymi:
„Jeżeli ktoś nie ma talentu stratega, czy bliskości to nikt go tego nie nauczy. „
a potem jeszcze
„Handlowcy, którzy nie posiadają wystarczającego zestawu talentów “sprzedażowych”, stanowią te 80% zespołu, którym dobry menedżer sprzedaży nie powinien się zajmować. Życie nie malina. „
Otóż Krzysztofie, z całym szacunkiem dla Ciebie widzę to całkiem inaczej.
Jak wynika z całego mojego postu zarówno działań strategicznych, bliskości i innych podobnych rzeczy można się nauczyć, choć nie zawsze jest to proste i zależy od stanu wyjściowego.
Mam też całkowicie inne podejście do handlowców (sprzedaż B2B), których trenuję. Nigdy nie zastanawiam się jakich to talentów tym ludziom brakuje, lecz co mogę zrobić, aby w ciągu tych paru dni każdego z nich (bo zajmuję się nimi indywidualnie) posunąć jak najbardziej do przodu. I Twoje 80% też mnie zadziwia. Puściłem sobie przed oczami szkolenia ostatnich paru lat i tylko w jednym przypadku zaleciłem uczestnikowi wybranie innego zawodu i to nie z powodu „braku talentu”. Ten niezwykle inteligentny i „wygadany” człowiek miał po prostu postawę bardzo kontraproduktywną w sprzedaży B2B i nie chciał jej zmienić. Jeden człowiek na trzy lata treningów (dalej nie chciałem już sięgać)!!!
Ciekaw jestem Waszych przemyśleń na ten temat, sądzę, że przynajmniej dla niektórych z Was przemyślenie tego, co napisałem może być jak dynamit :-)
Tak czy inaczej pamiętajcie o wyciąganiu własnych wniosków.
Siedzę właśnie na tarasie z widokiem na błękitny Atlantyk i przyszła mi do głowy metafora, którą dała mi dużo do myślenia. Jestem przekonany, że będzie przydatna dla większości z Was, więc podzielmy się nią.
Na początek zabawmy się w małą podróż w czasie. Jako, że większość z Was jest jeszcze w młodym wieku wyobraźcie sobie Wasze życie za 10-15 lat. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, iż będziecie wtedy też w jakiś sposób dbać o swoje utrzymanie (nawet będąc „rentierem”, co dla inteligentnych i aktywnych ludzi wcale nie jest takie proste jak by się mogło wydawać).
Generalnie patrząc na ten obraz można wyróżnić następujące kategorie:
Przyjrzyjmy się po kolei co charakteryzuje każdą z nich:
Żeglarze – poruszają się jachtami napędzanymi siłą wiatru. Wiatr występuje prawie zawsze i wszędzie, do tego nie kosztuje nic. Wystarczy rozpiąć na łodzi parę płócien ze sprytnie przemyślaną możliwością ich ustawiania i już mamy wygodne, nie wymagające specjalnego wysiłku, bezpłatne i do tego bardzo ekologiczne źródło napędu. Umiejętne użycie żagli pozwala nam na wykorzystanie siły wiatru do poruszania się w dowolnym kierunku, włącznie z tym, z którego wiatr wieje! Solidnie zbudowane jachty żaglowe dobrze zachowują się nawet na bardzo rozfalowanym oceanie, a niewyczerpalność źródła napędu pozwala na zapłynięcie bardzo daleko, nawet jeśli przeciętna prędkość nie jest oszałamiająca. W wielu bardzo atrakcyjnych miejscach na świecie wiatr regularnie zmienia swój kierunek zgodnie ze wskazaniami zegara (na naszej półkuli), wiedząc o tym, jak ktoś jest wygodny to można poczekać parę dni, aż zmieni się na korzystny. Żeglowanie nie wymaga ciągłej uwagi, pominąwszy parę manewrów przez większą część czasu można włączyć autopilota i oddać się innym przyjemnym zajęciom :-)
Napęd żaglowy jest też mniej wrażliwy na ewentualne awarie, cokolwiek by mu się nie przydarzyło, to prawie zawsze można coś zaimprowizować i płynąć dalej.
Motorowodniacy – poruszają się jachtami napędzanymi silnikami spalinowymi. Daje im to możliwość znacznie szybszego poruszania się, niż np. pod żaglami. Z drugiej strony napęd taki jest hałaśliwy, wymaga regularnej konserwacji i serwisu, a przede wszystkim częstych wizyt na stacji benzynowej (brakuje mi polskiego odpowiednika amerykańskiego „fuel-dock”). Ta ostatnia właściwość ma dwie poważne wady:
Do tego jachty motorowe zazwyczaj nie tak dobrze zachowują się na fali, więc szczególnie jak płyniesz szybko, to musisz cały czas uważać.
Awaria silnika powoduje, że jesteś na łasce fal i możesz najwyżej wzywać pomocy.
Właściciele galer – zbudowali wielki okręt i najęli niewolników do napędzania go. Dzięki pracy tychże niewolników galera może się poruszać i zarabiać na utrzymanie zarówno swoje, jak i jej właściciela. Ten albo nie musi nic robić, albo (znacznie częściej) pełni rolę poganiacza, który waląc w bęben krzyczy „tempo dwadzieścia, kołki w zęby!!!”. Czy to jest przyjemna rola, w której warto spędzić sporą część każdego dnia, to musi każdy zadecydować sam. Nie wspominam już tutaj o nierzadkich przypadkach, kiedy posiadacz galery zbudował ją tak nieszczelną, że musiał przykuć się do pompy i cały czas wypompowuje wodę, bo inaczej jego statek zatonie. Nawet jeśli potem to pomieszczenie pompy zostało wyłożone brokatami, a właścicielowi donoszą najwspanialsze posiłki trudno to nazwać jakością życia. Galera jest też duża i niezgrabna, w związku z tym nie da się nią wpłynąć w wiele uroczych zakątków i trzeba wozić (i kupować) mnóstwo prowiantu dla galerników. Aha, w dzisiejszych czasach na dużych galerach często zatrudnia się najemnych poganiaczy, którzy czasem niesłusznie mienią się managerami (bo prawdziwy manager to zupełnie coś innego)
Galernicy – Tacy wioślarze pracują ciężko w zamian za to, że są oni po prostu utrzymywani przy życiu, często minimalnym możliwym nakładem. Plusem takiej pracy jest rozwinięcie sporej sprawności w wiosłowaniu i oczywisty brak nadwagi i chorób z nią związanych :-) Do tego dochodzi brak konieczności znania się na nawigacji i meteorologii. Minusów chyba nie muszę wyliczać !
Kiedyś galernikami zostawali pojmani niewolnicy lub przestępcy. Dzisiaj rekrutacja zazwyczaj odbywa się na życzenie zainteresowanego. Wystarczy kombinacja niskiej wartości rynkowej z dużym kredytem na mieszkanie, meble, samochód plus powiedzmy dwójka dzieci i już mamy gotowego kandydata na galernika.
Rozbitkowie dryfujący na falach – w tej nieprzyjemnej sytuacji można znaleźć się na wiele sposobów i z pewnością moglibyście sami podać wiele przykładów. Rozbitkowie nie mają źródła napędu i bezwolnie poddani są oddziaływaniu wiatru i prądów morskich. Niektórzy z nich nie mają nawet kamizelki ratunkowej i cały czas z ogromnym wysiłkiem muszą walczyć, aby po prostu nie pójść na dno, albo zostać zjedzonymi przez rekiny!! Bardzo nieprzyjemna sytuacja i niestety dość rozpowszechniona w Polsce, zwłaszcza wśród starszych roczników
Teraz niech każdy spojrzy na swój aktualny kurs życiowy i przedłuży go o 10 lat do przodu. Potem zadajcie sobie pytanie: „jeśli będę płynął tak jak dotychczas, to w której grupie najprawdopodobniej znajdę się w przyszłości?”
Jeśli namierzony punkt docelowy nie jest dla Ciebie atrakcyjny, to zadaj sobie pytanie „Co mogę zrobić, aby mój kurs zmienić?”
Pamiętaj, że im wcześniej wprowadzisz konieczne korekty, tym mniejsze i bezbolesne będą one musiały być.
Na zakończenie dwie ważne uwagi:
Z żeglarskim pozdrowieniem :-)
Alex
Ten post będzie nieco kontrowersyjny i osobom, które łatwo się obrażają zalecam nieczytanie go. To, co tutaj napiszę może i będzie kolidować z tym, co codziennie praktykuje większość ludzi. Nie zmienia to faktu, że prezentowane tutaj zalecenia sprawdziły się wielokrotnie w życiu i warte są co najmniej wypróbowania.
Krowy są, jak wiadomo ze szkoły, tzw. przeżuwaczami. Oznacza to, że najpierw na pastwisku najedzą się do syta, potem, przeważnie wieczorem cierpliwie ponownie przeżuwają połkniętą wcześniej trawę.
Co to ma wspólnego z nami?
Posłuchajcie uważnie w jaki sposób i o czym rozmawia większość ludzi, którzy spotykają się towarzysko. Łatwo zauważycie, że bardzo wiele, jeśli nie większość z ich wypowiedzi to powtarzane i przeżuwane w nieskończoność relacje z przeszłych przeżyć mówiącego. W ten sposób cała rozmowa staje się odgrzewaniem konserw z czasów minionych (wszystko jedno jak dawno), a konserwy jak wiadomo nigdy nie będą tak pożywne jak świeże produkty. Często bywa tak, że całe towarzystwo po kolei robi taki recykling przeżyć każdego z uczestników, który staje się główną zawartością spotkania. To zdaje się być jeszcze jednym przejawem zamiłowania do życia w przeszłości, o czym pisałem już kiedyś
Oczywiście każdy może spędzać swój czas wolny tak, jak chce, niemniej takie przeżuwanie minionej rzeczywistości nie posunie nas dalej. Przyjrzyjmy się dwóm negatywnym przykładom, zaczynając od biznesowego:
Spróbujcie w najbliższym czasie poczynić własne obserwacje w tym kierunku. Zwróćcie uwagę, kiedy inni odgrzewają przy Was swoje dawne przeżycia i jak się przy tym czujecie. Wypróbujcie, co się stanie, jeśli Wy sami przestaniecie opowiadać innym o swojej przeszłości, a zamiast tego zaczniecie dzielić się z nimi waszymi wrażeniami tu i teraz, ewentualnie kreując wizje przyszłości. Zróbcie to w czasie romantycznej kolacji, zobaczcie jak wpłynie to na atmosferę spotkania.
Ostrzegam, że wielu ludzi nie potrafi tego robić, zwłaszcza my mężczyźni mamy czasem problem z byciem tu i teraz oraz komunikowaniem tego co aktualnie czujemy i myślimy. Nie jest to rzecz nie do naprawienia, a nauczenie się tego może nie tylko w ogromnym stopniu zmienić jakość Waszych istniejących relacji, lecz też otworzyć dla Was całkiem nowe, niedostępne wcześniej możliwości. Polecam!!
Pozostawmy przeżuwanie przeżu(y)tego krowom :-)
PS: Po ostatnim spotkaniu w Warszawie uczestnicy w komentarzach napisali, że było bardzo ciekawe a 5 godzin przeminęło jak z bicza strzelił. Chcecie poznać małą tajemnicę? Na początku wieczoru umówiliśmy się, że poza przytaczaniem konkretnych przykładów niezbędnych do zilustrowania jakiejś tezy nie będziemy używali czasu przeszłego :-)
Dziś porozmawiajmy o niezwykle ważnym czynniku wpływającym na wykorzystanie przez nas posiadanego potencjału rozwoju, a mianowicie o gotowości do przyjmowania informacji zwrotnej od innych ludzi.
Ta informacja zwrotna, zwana też z angielskiego feedback jest prezentem ze strony drugiego człowieka, dzięki któremu możemy dowiedzieć się wiele nie tylko o nas samych, lecz także i o nim.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że i my Polacy bardzo często mamy spory problem z odbieraniem tego rodzaju wypowiedzi i warto aby każdy z nas przeanalizował sobie jak osobiście do tego podchodzi.
Pierwsza trudność pojawia się przy tak banalnej sprawie, jak przyjmowanie pozytywnego feedbacku. Jak często mówimy komuś coś miłego (zgodnie z naszym rzeczywistymi odczuciami), a w odpowiedzi słyszymy „przesadzasz”, albo widzimy, że odbiorca powątpiewa w nasze szczere intencje. Czasem taka reakcja ma dodatkowe niekorzystne skutki uboczne, jak np. w poniższym przypadku:
Kiedyś zasłużenie wyraziłem uznanie za sposób przeprowadzenia pewnego działania odpowiedzialnemu za nie managerowi. On rzekł na to z wyuczoną skromnością: „Alex, przesadzasz, aż tak super to nie było, poza tym mówisz tak tylko dlatego, bo jestem twoim klientem”.
W tym jednym zdaniu zawarte były dwie negatywne wypowiedzi pod moim adresem:
Tego oczywiście nie mogłem tak zostawić i natychmiast zapytałem rozmówcę, czy takie były jego intencje. Był bardzo zdziwiony, że tak to zabrzmiało i tę lekcję zapamięta z pewnością :-)
Pomyślmy co by było, gdyby na moim miejscu był jakiś tak samo uważnie słuchający klient lub przełożony, który nie miałby mojego zwyczaju dopytywania się o wszelkie niejasności? Pomyślcie o tym dla Waszego dobra.
Prawdziwy problem zaczyna się jednak przy przyjmowaniu tych informacji zwrotnych, które nie są zgodne ze zdaniem, jakie sami mamy o sobie lub o danej sytuacji. Często można zaobserwować następujące niekorzystne reakcje:
W pierwszych trzech przypadkach odcinamy się potencjalnie wartościowej wiedzy o tym jak oddziałujemy na otoczenie, w tym ostatnim czasem bezkrytycznie poddajemy się jego wpływowi.
Te problemy występują co gorsza zarówno w życiu prywatnym jak i zawodowym. W relacjach z najbliższymi może się po pewnym czasie okazać (i niestety często okazuje się), że żyliśmy w świecie iluzji, która kończy się nieprzyjemnymi zaskoczeniami i osobistymi katastrofami. W pracy, zwłaszcza kiedy jesteśmy managerami taki brak rozeznania sytuacji często prowadzi do bardzo kiepskich rezultatów i wpadek wszelkiego rodzaju.
Dodatkowo sprawę znacznie pogarsza obserwowany przez mnie fakt, iż te osoby, które mają najwięcej deficytów, a więc mogłyby najbardziej profitować z otwartego feedbacku zazwyczaj najgorzej go znoszą i wolą „żyć w błogiej nieświadomości”. To poważny błąd, który może uniemożliwić jakikolwiek rozwój i skazać daną osobę na tkwienie w pętli czasu, o której już kiedyś pisałem.
Jak zapewnić sobie jak najwięcej feedbacku?
Zacznijmy od naszego własnego nastawienia, bo ono jest decydujące. Uświadommy sobie że:
Jeśli już jesteśmy tak daleko, że możemy wysłuchać każdej informacji zwrotnej (niezależnie od tego, co z nią potem zrobimy) to warto zadbać o to, by otoczenie dawało jej nam więcej, aby było z czego wybierać. Aby to osiągnąć warto:
Jako ciekawostkę podam, że moi klienci coachingowi na poziomie „C” (CEO, CFO, COO itd.) dali mi permanentne zlecenie na nieograniczony niczym feedback w pełnej intensywności. To jest warunkiem koniecznym wszelkiego rodzaju szkolenia typu „top gun”.
Zalecam Wam przemyślenie tego, co powyżej napisałem. Opanowanie sztuki odbierania feedbacku może zrobić różnicę pomiędzy fantastycznym życiem a życiem „takim sobie”.
Jak Wam się ten tekst podoba? :-) :-) :-)
W komentarzach do postu „Kop studnię …. „ wywiązała się ciekawa dyskusja na temat sensowności uczenie się różnych rzeczy niejako „na zapas”.
Temat kształcenia się jest tylko jednym z aspektów tego kopania studni, niemniej na tyle istotnym, że pozwolą sobie na przedstawienie tutaj mojego osobistego zdania na ten temat.
Generalnie wyróżniam następujące sytuacje wyjściowe (mówimy teraz o ludziach dorosłych), które po kolei omówię (każdą przerabiałem też osobiście):
Tyle mojego punktu widzenia. Zapraszam Was do podzielenia się Waszymi obserwacjami i spostrzeżeniami i jak zwykle przypominam „use your judgement” :-)
„Dig your well, before you are thirsty” mówi stare angielskie przysłowie, a nasz Kochanowski też napisał „Późno puklerza przebici macają”.
Jaki z tego wniosek dla nas? Tak na szybko nasuwają mi się dwa:
Jak to wygląda w praktyce?
Jeśli chodzi o ten pierwszy punkt, to mnóstwo ludzi na własne życzenie znalazło się w takiej sytuacji, że tylko jeśli nic poważniejszego się nie wydarzy (im samym i rodzinie, w pracy, w gospodarce), to będą dalej jako tako funkcjonować. Znacie też takich, których tylko 2-3 miesięczne pensje dzielą od bankructwa? No ale nie o tym przypadku chcę dziś pisać.
Wiele osób twierdzi, że nigdy w życiu nie otrzymają szansy w związku z tym koncentrują się na bieżących sprawach życia codziennego. Takie postępowanie zdaje się być racjonalne, ale niestety prędzej czy później prowadzi do niezwykle frustrującej sytuacji, kiedy szansa pojawia się na horyzoncie…. a my nie jesteśmy w stanie z niej skorzystać, albo co gorsza nawet dostrzec!
Na to szczególnie chcę uczulić szczególnie tych z Was, którym chwilowo nie powodzi się najlepiej. Nie dajcie się przycisnąć do ziemi chwilowym okolicznościom życiowym, zawsze starajcie się wygospodarować choć odrobinę zasobów (czasu, energii), aby przygotować się do lepszego życia. Szansa przyjdzie, tylko musicie być gotowi z niej skorzystać.
Jeśli ktoś z Was powie, że łatwo mi jest coś takiego twierdzić, to przypominam, że kiedyś sam mieszkałem w piwnicy i sprzedawałem gazety na ulicach, więc zdecydowanie wiem o czym mówię. Ważne było, że nigdy nie uznałem mojej sytuacji za permanentną i szukałem lepszych sposobności. Wy też możecie, a nawet powinniście szukać i przygotowywać się na nie.
Ten post napisałem pod wpływem aktualnego wydarzenia. Pewne znajoma w Berlinie prowadzi małą, dość słabo prosperującą firmę zarządzającą nieruchomościami. W Berlinie jest duży ruch na rynku handlu nieruchomościami a ta osoba ma bardzo rozległe kontakty. Wiosną zaproponowałem jej aby zrobiła licencję maklera, nawet proponowałem przyjacielskie (bezodsetkowe) pożyczenie tych potrzebnych na ten cel 900 euro na czas do pierwszej transakcji. Odpowiedź była odmowna z uzasadnieniem „i tak nie mam żadnych obiektów do pośredniczenia a rynek maklerów jest przepełniony”.
Ostatnio otrzymałem od tej pani telefon, w którym powiadomiła mnie, że jeden znajomy chce sprzedać obiekt wart parę milionów euro, inny szuka takiegoż obiektu i co teraz? Nie życzę Wam takiej sytuacji.
Kopcie Wasze studnie zawczasu …..
W ostatnich miesiącach miałem sporo do czynienia z ludźmi o bardzo zróżnicowanym, często wieloletnim doświadczeniu zawodowym.
Przyszło mi wtedy do głowy, jak różnorodne struktury ma to doświadczenie. Niektórzy latami wykonują bardzo podobne czynności, inni na tym samym stanowisku mierzą się z ciągle zmieniającymi się zadaniami. Reszta lokuje się gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami.
W tym pierwszym z ekstremalnych przypadków nie bardzo możemy mówić o siedmioletnim doświadczeniu, lecz najwyżej o roku doświadczenia powtórzonym siedem razy. A to robi dużą różnicę.
Istnieje parą dziedzin, w których robienie latami praktycznie tego samego przynosi duże korzyści, szczególnie tam, gdzie potrzebna jest kombinacja wiedzy i umiejętności manualnych (np. chirurg, pilot itp.) W wielu innych powoduje tylko usztywnienie naszego sposobu myślenia i zmniejszenie elastyczności myślenia.
Biorąc pod uwagę przyśpieszające tempo zmian otaczającego nas świata byłbym bardzo ostrożny wybierając ścieżkę kariery, na której powtarzałbym wielokrotnie ten sam rok pracy.
Sam pytam się od czasu do czasu jak to wygląda u mnie i odpowiedź tylko pozornie jest oczywista. Z jednej strony szkolę i coachuję firmy z bardzo różnych branż, na różnych poziomach, pracując nad konkretnymi rozwiązaniami niezwykle różnorodnych problemów biznesowych. To, razem z moim podejściem do tego co robię zapewnia, że nie tylko każdy rok, ale praktycznie każdy miesiąc i każde zlecenie są inne.
Z drugiej strony zastanawiam się, czy pracując w ten sam, było nie było skuteczny sposób nie powtarzam się w bardzo ogólnym tego słowa znaczeniu. W środę zaczynam moją kolejną przerwę kreatywną i będę między innymi myślał nad tym zagadnieniem.
Teraz mam propozycję dla każdego z Was:
Pomyślcie, czy w dotychczasowej pracy zdobywacie kolejne lata doświadczeń, czy też powtarzacie wielokrotnie ten sam rok. Jak będzie brzmiała odpowiedź na to pytanie jeśli będziecie dalej postępować w ten sposób jak dzisiaj przez najbliższe 5-7 lat?
Odpowiedzi mogą być dla Was bardzo istotne.
PS: Kiedyś już pisałem o życiu w powtarzającej się codziennie pętli czasu, dzisiejszy post patrzy na to zagadnienie z bardziej długoterminowej perspektywy
Czy zastanawialiście się kiedyś, jak szeroka jest gama Waszych możliwych zachowań w kontaktach z innymi ludźmi?
Znakomita większość z Was potrafi z pewnością zachować się według zasad dobrego wychowania i ogólnie przyjętych wzorców (co widać choćby po Waszych komentarzach) i to samo w sobie jest bardzo cenne. Dbajcie o tę umiejętność.
Problem polega na tym, że takie postępowanie w kontaktach międzyludzkich nie zawsze cechuje się największą skutecznością (to ostatnie stwierdzenie to piękny eufemizm :-)). Często obserwuję jak ludzie miotają się w granicach tego, co jest powszechne akceptowalne, a kiedy ich działania nie przynoszą rezultatu, to sfrustrowani albo się wycofują, albo zaczynają być chamscy i bezczelni. Obydwa zachowania nie są optymalne i dlatego przyjrzyjmy się, czy przypadkiem nie mamy lepszej alternatywy.
Moje obserwacje pokazują, że w naszych interakcjach z innymi możemy wyróżnić trzy strefy:
Zobaczmy teraz, jak wygląda kwestia skuteczności naszych interakcji w zależności od tego, w jaki sposób komunikujemy z innymi. Poniższy wykres nie pretenduje do bycia „prawdą naukową”, jest jednak odbiciem moich wieloletnich obserwacji i eksperymentów. Na poziomej osi odmierzamy „stopień zuchwałości” naszych interakcji z innymi ludźmi, a niebieska linia pokazuje ich skuteczność.

Jak widać, nasza skuteczność jest najmniejsza po lewej stronie wykresu (całkowite ciepłe kluchy), dość silnie rośnie, kiedy zaczynamy działać zuchwale z maksimum gdzieś w pobliżu granicy bezczelności (czerwona linia), aby po jej przekroczeniu gwałtownie spaść prawie do zera.
Widać wyraźnie, jak wiele z tej potencjalnej efektywności tracimy, jeśli tak jak większość ludzi boimy się powędrować w strefę zachowań zuchwałych.
Drugą obserwacją jest to, że bardzo blisko granicy bezczelności (czyli mówiąc kolokwialnie „po bandzie”) skuteczność ta jest największa, nie wolno tylko tej czerwonej linii przekroczyć.
W tym ostatnim przypadku pojawia się problem, bo ta granica nie jest czymś, co da się matematycznie wyliczyć. Będzie ona różna nie tylko w zależności od osoby, ale nawet konkretnej sytuacji. Czy w związku z tym wykres ten jest bezużyteczny?
Niekoniecznie, bo o ile nie możemy z absolutną dokładnością powiedzieć osobie X jak daleko może posunąć się z osobą Y, to możemy przynajmniej nabrać dość dobrego wyczucia gdzie aktualnie zaczyna się strefa niebezpieczna. Nabycie go wymaga sporej praktyki i wiąże się też niestety z „wypadkami przy pracy” :-) Takie eksperymenty lepiej więc przeprowadzać w sytuacjach, kiedy nie chodzi o naszą karierę życiową, niemniej zdecydowanie warto :-)
W zamian uzyskujemy dodatkowy repertuar zachowań, który znacznie rozszerzy nasze możliwości i skuteczność zarówno w życiu osobistym (np. szukając sobie partnera :-)) jak i zawodowym. Ważne jest oczywiście, aby przy tym wszystkim nie zapomnieć zasad dobrego wychowania i zawsze być miłym człowiekiem. Umiejętność bycia zuchwałym ma uzupełniać takie zachowania, a nie je zastępować.

Najnowsze komentarze